Aksla i Vardenfjellet

2015-07-04

Zeszłotygodniowy wypad na Krakanuten okazał się na tyle udany, iż postanowiłem pójść za ciosem i na kolejną sobotę zaplanowałem następną wyprawę. Wahałem się jeszcze czy iść na Akslę, do której już raz podchodziłem lecz deszcz pokrzyżował moje zamiary, czy też udać się na Fuglen. Wybór padł na Akslę, górę najwyższą w mojej najbliższej okolicy (703 m.n.p.m).

Pogoda przez cały tydzień była słoneczna a temperatura dochodziła nawet do 30 stopni. I mimo, iż prognozy zapowiadały deszcze już od środy, to aż do sobotniego popołudnia nie spadła nawet jedna kropla. Tak jak przed tygodniem, ustawiłem budzik na trzecią i gdy wstawałem było szaro i ponuro za oknem. Góry skryte były za gęstymi chmurami ale deszczu nie było. Podjazd przed domem też okazał się suchy, co znaczyło, że noc minęła bez opadów. Zastanawiałem się, czy w takich warunkach, pójście w góry ma sens. Mogło być tak, że znów zaskoczy mnie deszcz, lub też że będę poruszał się we mgle i nawet jeśli dojdę na szczyt to nie będę miał przyjemności popatrzeć na widoki dookoła. Uznałem jednak że skoro już wstałem, że wszystko jest zaplanowane, to głupio byłoby zrezygnować. Zbyt długo czekałem, żeby wejść na tę górę.

Wsiadłem więc do auta, i pojechałem na Aurdal, gdzie zaczyna się szlak. Na miejsce dotarłem o 3.50 i rozpocząłem marsz. Pierwsze metry to szeroka, żwirowana droga idąca pod górę, w sam raz na rozgrzewkę. Po lewej miałem rwącą rzekę Aurdal (Aurdalelva). Doszedłem do dużego pastwiska, na którym poprzednim razem spotkałem stado owiec. Tym razem było całkiem puste. Widocznie nawet owce spały o tej porze. Choć z drugiej strony nie szedłem całkiem sam. Przez większość drogi towarzyszył mi śpiew ptaków.

Przeszedłem przez most i teraz miałem rzekę po prawej stronie. Przypomniałem sobie, że idąc tą drogą po raz pierwszy tuż za mostem wchodziło się w las. Wiele drzew jednak wycięto, mogłem dzięki temu popatrzeć na wciąż skąpaną w chmurach Akslę. Nie brałem ze sobą polaru. Miałem na sobie jedynie lekką koszulkę i krótkie spodenki i momentami drżałem od chłodnego wiatru, ale wkrótce łagodnie wznosząca się droga zaprowadziła mnie wśród drzewa i wiatr przestał być dokuczliwy. A może to ja już zdążyłem się rozgrzać. Przeszkadzał mi za to plecak. Ciążył bardziej na prawym ramieniu, gdzie miałem doczepioną butelkę z wodą a i aparat w środku umieściłem niefortunnie po prawej stronie. Przesunąłem go na lewo ale nie poprawiło to zbytnio komfortu. Dopiero w drodze powrotnej, gdy schodziłem już z góry, zauważyłem, że mam niewyregulowane paski plecaka i udało mi się wyeliminować problem. Za kolejnym mostem teren zaczął wznosić się nieco bardziej a droga już na dobre zagłębiła się w las. Niedługo potem doszedłem do skrzyżowania. Idąc prosto trafiłbym do Sandeid i tę drogę będę musiał poznać innym razem, gdyż teraz interesowała mnie ostro wspinająca się pod górę, najeżona kamieniami droga na prawo. Dyszałem ciężko a pot lał się ze mnie litrami kiedy wspinałem się coraz wyżej. Uświadomiłem sobie, że przydałby się jakiś nieduży, szybkoschnący ręcznik do przecierania twarzy z potu. Zanotowałem w myślach, żeby dodać coś takiego do listy zakupów.

Kiedy wreszcie wyszedłem na w miarę prosty odcinek byłem juz cały mokry. Nie zatrzymywałem się jednak. Szedłem dalej po łagodnie już teraz wznoszącej się drodze. Po prawej widziałem białe chmury zakrywające przestrzeń w dolinie poniżej i sąsiednie góry. Po lewej mijałem skalistą pionową ścianę i pojedyncze drzewa. Ostatnim razem, kiedy tedy szedłem, padał deszcz, co trochę utrudniało wędrówkę. Teraz było dużo łatwiej. Kiedy spojrzałem na zegarek stwierdziłem, że również czas dotarcia na Sletthaug powinienem mieć lepszy niż poprzednio. Dopóki nachylenie drogi nie było zbyt duże, szło się całkiem przyjemnie. Jednak zdarzały się bardziej strome podejścia a ostatnie przed Sletthaug było nachylone chyba pod kątem 45 stopni. Ciężko stawiałem kroki i powoli posuwałem sie do przodu / do góry. Dotarłem do ogromnego głazu, który przełamał się na trzy części i wyglądał jakby ktoś przeciął go wielką piłą na trzy porcje. Obok stała tabliczka opisująca historię pewnego trola i tego właśnie kamienia. Zamiast czytać cały tekst, zrobiłem szybkie zdjęcie na potem i kontynuowałem wspinaczkę.

Kiedy dotarłem już na Sletthaug, grzbiet na którym postawiona była niewielka chatka moim oczom ukazał sie olśniewający widok. Warstwa chmur, która dotąd skrywała szyty gór, teraz znajdowała się poniżej mojego poziomu. Nie widziałem nic poniżej. Cała okolica, dolina Aurdal, droga E-134, nawet moje osiedle, które powinno być stąd widoczne było przykryte chmurami. Tylko grzbiety i szczyty gór przebijały się przez ten biały całun. A powyżej znajdowało się już tylko czyste niebo. Widok jak z bajki. Wyciągnąłem aparat i porobiłem parę zdjęć. Zapomniałem o zmęczeniu zafascynowany widokami. Minąłem chatkę, nawet do niej nie zaglądając i ruszyłem teraz już wąską ścieżką na Akslę.

Szedłem jeszcze kawałek grzbietem wzniesienia, mając po prawej stronie rozciągającą się w dole pustkę. Z drugiej strony piętrzyły się skały a w odległości kilkudziesięciu metrów wznosiła się Aksla, kamienny olbrzym. Wkrótce ścieżka zbiegała na podmokłą, usianą ogromnymi skałami polanę. Wokół rosły jedynie niskie krzewy, wrzosy i trawa. Mimo, że nie padało od jakiegoś czasu, tutaj musiałem omijać kałuże i błoto. Tam gdzie nie widziałem ścieżki, drogę wskazywały mi wbite w ziemię patyczki, pomalowane w górnej części na czerwono. To dzięki nim udało mi się nie pobłądzić. W pewnej chwili bowiem moim oczom ukazała się kolejna chatka a raczej zwykła szopa i odruchowo poszedłem w jej stronę. Jednak po chwili spostrzegłem, że znajduję się poza szlakiem a wyłaniające się znad wysokiej trawy patyczki kierują się kilkadziesiąt metrów ode mnie i nikną w ścianie lasu. Porzuciłem więc zamiar obejrzenia szopy i ruszyłem tam, gdzie prowadził szlak. A szlak prowadził pomiędzy drzewa i w górę. Stromo w górę. Wąska ścieżka pięła się ostro pomiędzy kamieniami i korzeniami drzew. Po chwili znów dyszałem ciężko i znów pot zalewał mi oczy. Zanotowałem, że do moich uszu nie dochodzi już śpiew ptaków, za to coraz natarczywiej słyszę brzęczenie muchy. Zwabiona moimi zapachami nie odstępowała mnie na krok, brzęcząc i doprowadzając mnie do szaleństwa. Odganianie się rękoma oczywiście nie pomagało. W dodatku, moim głównym zajęciem było pokonywanie kolejnych metrów, a nie walka z owadami.

Wybawieniem okazał się spływający z góry wartki strumyk. Przemyłem zimną wodą twarz i głowę. Uznałem, że spłukując w ten sposób warstwę potu pozbędę się natręta. I pozbyłem się, na około pół minuty. Szybko wrócił i dalej uprzykrzał mi wspinaczkę. Pozbyłem się go na dobre dopiero kiedy ścieżka wyprowadziła mnie z lasu na otwarta przestrzeń. Może nie do końca otwartą bo przed sobą miałem wciąż skalną ścianę, jednak drzewa pozostały za mną i gdy tylko się odwróciłem ponownie mogłem napawać oczy widokami w oddali (a raczej chmurami, zasłaniającymi te widoki).

Znów szedłem pod górę. Ścieżka wiodła między kamieniami, gdzieniegdzie wchodziłem na trawiaste podłoże, coraz częściej jednak mogłem iść po litej skale. W pewnym momencie zdębiałem widząc przed sobą poręczówkę. Na stromym odcinku kilku metrów leżała sobie lina z zawiązanymi na niej supłami. Oczywiście była ona fachowo przymocowana w paru miejscach, jednak jej obecność tutaj wprawiła mnie w zdumienie. Nie sądziłem, że takie rozwiązania są stosowane w tutejszych górach. Poręczówkę oczywiście wypróbowałem, choć bardziej przydała się w drodze powrotnej.

Niedługo potem szlak doprowadził mnie na płaskowyż. Skończyły się strome podejścia, wokół widniały tylko mniejsze lub większe wzniesienia. W oddali widziałem już kopczyk z kamieni oznaczający cel mojej wyprawy. Dotarłem do jeziorka, przy którym szlak rozwidlał się na dwie strony. Lewa wiodła na Akslę, prawa na Verdenfjellet. Kiedy się rozejrzałem, okazało się, że ten drugi szczyt nie jest daleko i również jest doskonale widoczny z tego miejsca. Postanowiłem, że wracając pójdę również i w tę stronę.

Dojście do Aksli zajęło mi kilka minut. Znów słyszałem śpiew ptaków. Skrzydlate stworzenia przelatywały nad okolicą, zapewne szukając pożywienia. Teraz gdy już żadna większa góra nie przesłaniała widoku, spostrzegłem, że słońce już wstało i okoliczny teren skąpany był w porannym świetle. Tuż przy szczycie porobiłem obowiązkowe zdjęcia, połaziłem jeszcze chwilę po najbliższych wzniesieniach i ruszyłem w drogę powrotną.

IMG_5813_resize_resize IMG_5815_resize_resize IMG_5833_resize_resize IMG_5841 b_resize_resize IMG_5861_resize_resize

Na Verdenfjellet doszedłem kilka (kilkanaście minut) później. Tam też aparat poszedł w ruch. Bez przerwy zachwycałem się okolicą, ćwierkaniem ptaków, wiatrem i brakiem obecności innych ludzi. Fajnie byłoby spędzić w takich warunkach kilka godzin. Pochodzić trochę lub po prostu posiedzieć w miejscu. Szkoda, że musiałem wracać na dół.

Przy Verednfjellet znajdowała się tabliczka kierująca na Blikrę. Kolejny szczyt? Rozglądając się wokół następne szczyty widniały dość daleko stąd. Więc raczej muszę odpuścić tym razem, pomyślałem. Dopiero później uzmysłowiłem sobie, że Blikra to nie góra a nazwa miejsca w dolinie, tuż przy jeziorze. To właśnie niedaleko Blikravegen znajduje się alternatywny szlak na Akslę i widocznie prowadzi on aż tutaj. Zanotowałem w pamięci, że kiedy będę się wybierał na Akslę kolejny raz mogę skorzystać z tej właśnie drogi. Może nie jest taka ciężka jak tamto podejście pod Sletthaug.

Z żalem schodziłem tą samą ścieżką na dół. Miałem niedosyt i czułem, że takie chodzenie po górach jest jak narkotyk. A ja już byłem uzależniony. Byłem jednocześnie szczęśliwy, bo wyprawa okazała się więcej niż udana. Zaliczyłem dwie góry. Obejrzałem piękne widowisko z kłębiących się chmur i wyłaniających się z nich grzbietów górskich. Moja potrzeba spokoju, odrobiny samotności i kontaktu z naturą została zaspokojona. Przynajmniej chwilowo. I mimo, że początkowo wydawało się, że wycieczka może się nie udać ze względu na nisko wiszące chmury i możliwy deszcz, teraz cieszyłem się, że nie zrezygnowałem. W końcu, gdzie teraz znajdowałaby się ludzkość gdyby każdy rezygnował pod byle pretekstem.

Reklamy

Wschód słońca na Krakkanuten

2015-06-27

Od dłuższego czasu usiłuję zorganizować chwilę, którą będę mógł poświęcić na góry. Mając dwójkę urwisów w domu oraz obowiązki służbowe, długo odkładałem na niesprecyzowane później moje górskie wyprawy. Aż w końcu znalazłem dobre rozwiązanie. Bo przecież czemu nie wykorzystać czasu, kiedy dzieciaki nie wchodzą na głowę a jednocześnie nie trzeba siedzieć w pracy. Czo jest to w ogóle możliwe? Czy w ogóle istnieje taka opcja, że w moim codziennym życiu jest obecny czas nie zdominowany ani przez obowiązki rodzinne, ani obowiązki służbowe? Okazało się, że jest. W nocy 🙂

Mieszkanie w Norwegii ma te zaletę, że latem dni są dłuższe. Zazwyczaj tak jest, ktoś mógłby powiedzieć, jednak to co znamy i do czego się przyzwyczailiśmy się w Polsce tutaj wygląda nieco inaczej. Nie mieszkam daleko na północy, więc nie doświadczam uroków dnia lub też nocy polarnej. Tak więc latem jest u mnie noc, ale tylko przez jakieś dwie, trzy godziny. I tak planując wypad w góry można mieć pewność, że wychodząc o trzeciej lub czwartej nad ranem z domu, nie będzie się szło po ciemku. Ja nastawiłem budzik na trzecią, a zanim się oporządziłem i wrzuciłem coś do żołądka było już w pół do czwartej. Wyjście z domu i dojazd na zaplanowane wcześniej miejsce zajął mi kolejne minuty. Postanowiłem wybrać się na Krakanuten, najbliższą górę w okolicy (choć nie najniższą). Jako że w planach miałem potem pracę, nie chciałem marnować czasu na ewentualne szukanie drogi i przecieranie nowych szlaków. Droga na Krakanuten była mi znana z wcześniejszej wyprawy parę lat temu.

Widok stojącego przy drodze radiowozu w Norwegii jest raczej rzadkością, przynajmniej w mojej okolicy. Tym bardziej można się zdziwić widząc policjantów o 3.40 w nocy na służbie. W dodatku czających się na parkingu, gdzie zamierzałem pozostawić auto. I jeśli owi policjanci czaili się na kierowców przekraczających prędkość to miałem szczęście. W normalnych okolicznościach gnałbym tą drogą pewnie z 80 km/h, podczas gdy ograniczenie prędkości w tym miejscu wynosi zaledwie 60 km/h. I tylko dlatego, ze zaplanowałem wejście na Krakkanuten a tutaj znajdował się najbliższy parking, nie jechałem zbyt szybko. Gdybym obrał sobie za cel inną górkę, przejechałbym pewnie ten odcinek jak szatan co w konsekwencji mogłoby mnie zaboleć po kieszeni. W końcu co jak co ale mandaty w Skandynawii do lekkich nie należą. Widać, ma się to szczęście.

Policjanci chyba byli równie zaskoczeni moją obecnością jak ja ich w tym miejscu kiedy parkowałem tuz obok ich wozu. Jeden z nich wysiadł z samochodu, żeby się przywitać i zapytać co tu robię. Dość uprzejmie i nie nachalnie. Chyba się zdziwił, ze ktoś o tej porze może wybierać się w góry ale życzył mi udanej wyprawy i wrócił do samochodu. A ja ruszyłem na szlak.

Pogoda była idealna. Poranny chłód, niebo częściowo zachmurzone, a na wschodzie widniała czerwona łuna wstającego słońca. Zastanawiałem się, czy uda mi się uchwycić aparatem ten widok, kiedy wejdę trochę wyżej.

Droga wiodła początkowo po chodniku wzdłuż drogi, którą przyjechałem, lecz po około dwustu metrach zaczynał się szlak. Odbiłem w prawo i idąc wzdłuż żywopłotu na czyjejś działce dotarłem do nieutwardzonej drogi, która prowadziła w górę. Mijałem pastwiska dla krów, starając się omijać pozostawione przez zwierzęta niespodzianki, a gdy wyszedłem poza pierwszą linią linię drzew zatrzymałem się by wreszcie wyciągnąć z plecaka aparat. Zastanawiałem się czy zdjęcia oddadzą choć w części piękno, jakim cieszyły się moje oczy. Krajobraz tuż przed wschodem słońca był fantastyczny.

Już na tym etapie, a przypomnę, że był to dopiero początek trasy, dostałem lekkiej zadyszki. Fajnie więc było na chwilę przystanąć, nacieszyć oczy widokiem i porobić kilka fotek.

Nie pozwoliłem sobie jednak na dłuższy odpoczynek. Schowałem aparat i ruszyłem dalej. Droga wiodła zakosami, wspinając się po zboczu góry i po którymś z kolei zakręcie otoczyły mnie ponownie drzewa. W pewnym momencie usłyszałem przed sobą nagłe trzaski w w gęstwinie i odgłosy przemieszczającego się w pośpiechu zwierzęcia. Coś musiało usłyszeć moje sapanie i się przestraszyło, pomyślałem. I rzeczywiście zaraz potem ujrzałem oddalającą się szybko sarnę.

Po pewnym czasie droga przechodziła w wąską, wijącą się pod górę i najeżoną kamieniami wąską ścieżkę. Szybko też wyszedłem ponad linię drzew i mogłem delektować się pięknymi widokami. Słońca wciąż nie było widać, jednak pomarańczowo-różowo-czerwone niebo za górami na wschodzie zapowiadało, że nie zostało już wiele czasu do świtu.

Gęsto osadzone kamienie, większe i mniejsze sprawiały, że mój wzrok rzadko podnosił się z ziemi. Trzeba było uważać, bo jeden nieostrożny krok mógł się nieprzyjemnie skończyć. Na szczęście obyło się bez przykrych niespodzianek.

Słońce ukazało się za moimi plecami zanim dotarłem na szczyt. Nie zatrzymywałem się jednak, nie chcąc tracić czasu. Odmawiałem sobie także wody, którą miałem w bocznej kieszonce plecaka. Szczyt był blisko i już nic nie mogło mnie powstrzymać. Gdy już byłem na samej górze, zauważyłem że oprócz urzekającego widoku na wschodzie mam niemal równie piękny po przeciwnej stronie. Blaknąca pomału wysoka tęcza. Wyciągnąłem aparat i porobiłem kilka zdjęć, nie zapominając o uwiecznieniu miejsca swojego zamieszkania, które z tej wysokości było widoczne jak na dłoni. Cała dolina i małe norweskie domki były doskonale widoczne. Gdy wytężyłem wzrok mogłem dostrzec nawet parking, gdzie pozostawiłem swoje auto. Radiowozu już tam nie było. Spałaszowałem też jabłko z plecaka i dopiero potem ruszyłem w drogę powrotną.

IMG_5712_resize_resize IMG_5719_resize_resize IMG_5750_resize_resize

Droga w dół jak to często bywa okazała się szybsza i już niedługo znów stałem koło swojego auta. Podczas schodzenia zaczął padać lekki kapuśniaczek. Teraz jednak padało już bardziej i z ulgą schowałem się do wnętrza samochodu. Zaraz potem deszcz jeszcze bardziej przybrał na sile. Jak już wspomniałem prawdziwy szczęściarz ze mnie.

Jadąc do pracy widziałem przebiegającą mi przed autem sarnę. Była na tyle daleko, że ani przez moment nie podniosła mi ciśnienia a moje serce ani przez moment nie zabiło szybciej ze strachu przed kolizją. Czy była to ta sama sarna, którą spotkałem wcześniej? Oba miejsca były oddalone od siebie dobry kawałek więc raczej wątpię aby to było jedno i to samo zwierzę. Kilka kilometrów dalej minąłem jadący z naprzeciwka radiowóz. Czy byli to ci sami policjanci z parkingu? Tutaj prawdopodobieństwo wydawało się większe.

Sletthaug

2015-05-25

Mieszkanie w Norwegii w domu z widokiem na góry wcale nie oznacza, że w każdej chwili można założyć buty trekkingowe i ruszyć na wycieczkę. Pomijając zobowiązania związane z pracą bądź rodziną, bardzo często to pogoda zatrzymuje człowieka w domu. Tym razem było podobnie. A raczej miało być. Od kilku dni deszcz lub deszcz z chwilowym wypogodzeniem. Biorąc więc pod uwagę tymczasową nieobecność w domu pozostałych członków rodziny a także brak pilnych zajęć w pracy, można sobie wyobrazić moją frustrację związaną z wyjściem w góry.

Kiedy więc ujrzałem prognozę pogody, przedstawiającą brak deszczu a jedynie zachmurzenie, niemal skakałem z radości. Zapakowałem do plecaka aparat, ubrałem się ciepło, bo na zewnątrz wciąż było chłodno, mimo iż mieliśmy już końcówkę maja i ruszyłem do samochodu. Nie zastanawiałem się, którą górę chcę zdobywać. Wiedziałem dokładnie, która znajduje się na górze mojej ‘’listy życzeń’’. Aksla, której nie widać z okna mojego domu, ale wystarczy wyjść na ulicę by ją dojrzeć, już od dłuższego czasu mnie fascynowała. Tym bardziej, że droga na szczyt wiodła malowniczą doliną u jej podnóża. By jednak tam dotrzeć, potrzebowałem samochodu.

Nie przejmowałem się przelotnymi opadami, które co jakiś czas przechodziły nad okolicą. Prognoza ich nie uwzględniała ale przecież jesteśmy w Norwegii. Gdyby mieli uwzględniać każdy przelotny deszczyk, rzadko kiedy oglądalibyśmy ikonkę słoneczka. Poza tym miałem na sobie wodoodporne spodnie, zaimpregnowane buty i kurtkę, która miała już co prawda swoje lata i skuteczność jej membrany pozostawiała sporo do życzenia przy większym deszczu ale przecież większego deszczu miało nie być.

Byłem więc przygotowany.

IMG_5635_resize

Co prawda od paru dni wojowałem z lekkim przeziębieniem ale moja determinacja była silniejsza od obaw. Podjechałem kilka kilometrów do miejsca zwanego Aurdal, gdzie zaczynał się szlak. Na niedużym parkingu zostawiłem auto i ruszyłem pod górę. Pierwsze podejście szybko przeszło w dość płaski teren. Bywałem już tu kilka razy z rodziną, więc ta część trasy nie była mi obca. Szedłem wspomnianą już malowniczą doliną a na polu wzdłuż drogi pasły się kozy. Tak, kozy, tym razem tradycyjne norweskie owce były widocznie gdzie indziej. Zwierzaki przywitały mnie ostrożnym zainteresowaniem i trzymały się bezpiecznej odległości.

Zrobiłem kilka fotek i ruszyłem dalej. Lekko mżyło ale przezornie zabrana z domu czapka z daszkiem i kaptur kurtki niwelowały skutecznie problem. Kolejny kilometr upłynął po względnie płaskim terenie, dopiero potem, po dotarciu do rasteplass (czyli stołu z ławeczkami) i rzeczki (Aurdalelva) zaczęło się bardziej stromo. Droga zawinęła na południe a wkrótce potem dotarłem do rozwidlenia. Według drogowskazu idąc dalej prosto dotarłbym aż do Sandeid. Cóż, innym razem. Skręciłem więc na południowy zachód, gdzie droga wiodła już ostro pod górę. Tygodniowy brak treningu i mijające przeziębienie mówiły z każdym krokiem, że nie będzie łatwo. Nie poddawałem się jednak. Tutaj też już raz byłem, więc wiedziałem, że potem czeka mnie dość płaska droga.

I tak też było. Szedłem dalej w nieco bardziej horyzontalnych warunkach. Po lewej ręce miałem ścianę góry, po prawej rzadkie drzewa. Za nimi gdzieś w dole znajdowała się droga, którą przyszedłem. Tylko, ze teraz mogłem dojrzeć tylko najbliższą roślinność. To co było dalej, tonęło w chmurach. Na dodatek zaczęło padać. Podczas ostatniego podejścia zdjąłem kurtkę, bo zacząłem czuć się jak zamknięty w rozgrzanym piekarniku. Teraz więc, nie zdejmując plecaka, narzuciłem ją sobie na ramiona a kaptur na głowę i szedłem dalej. W końcu jeśli prognoza nie przewidywała deszczu to musiał to być jedynie jakiś przelotny deszczyk.

Minąłem punkt, gdzie dotarłem ostatnim razem i dalej szedłem już w nieznane. Krajobraz się nie zmieniał zbytnio z pokonywanymi metrami. Wciąż miałem wysoką ścianę po lewej stronie i jakieś drzewa po prawej, za którymi teren opadał w dół. Droga co chwila prowadziła mnie mniej lub bardziej pod górę. Któreś z tych podejść okazało się dość strome. Padający deszcz, daszek czapki, kaptur kurki oraz nachylenie terenu sprawiły, że raczej patrzyłem pod swoje nogi. Ale kiedy podniosłem wzrok, żeby oszacować ile jeszcze do końca tego wzniesienia, czekał tam na mnie dość ciekawy widok. Kilkadziesiąt metrów przede mną stanęło przyglądające mi się stado owiec. Więc to tu się schowały. Chciały chyba zejść na dół ale zawahały się i po chwili uciekły z powrotem pod górę. Kiedy jednak zorientowały się, że i ja idę w tym samym kierunku, zbiegły z drogi na dół i zatrzymały się kilkadziesiąt metrów dalej becząc z wyrzutem.

Wybaczcie owieczki ale nie miałem złych zamiarów.

Deszcz nie przestawał padać a wręcz przeciwnie, odniosłem wrażenie, że jeszcze się wzmaga. Nie zamierzałem się poddawać takim byle przelotnym deszczem. Kurtka może i była już mokra ale pod spodem było mi względnie sucho a spodnie i buty sprawowały się na medal.

Następne podejście było tak strome, że dostałem zadyszki. Było dość wysokie i gdzieś w połowie drogi zauważyłem, że pomału wychodzę ponad linie drzew. Powyżej rosła już tylko niska roślinność. Obejrzałem się, żeby sprawdzić widoki wokół i ujrzałem podążających za mną ludzi. Musi być naprawdę kiepsko z moją formą, skoro ktoś tak mnie doszedł, pomyślałem i ruszyłem dalej usiłując nie dać się wyprzedzić. Widziałem już przed sobą koniec tego morderczego podejścia i zamierzałem dotrzeć tam pierwszy. Minąłem jakiś ogromny głaz po prawej i tabliczkę z opisem miejscowej legendy o trolu. Przyjrzę się temu w drodze powrotnej.

Wreszcie dotarłem na szczyt podejścia. Okazało się, że na niedużej przestrzeni ktoś postawił tutaj małą chatkę dla wędrowców. Na Kamieniu nieopodal widniało ładnie wygrawerowane: SLETTHAUG 480 m n.p.m.

IMG_5642_resize

Widać to tylko przystanek w drodze na Akslę. Wyciągnąłem z plecaka aparat, żeby porobić kilka zdjęć, jako że poniżej rozpościerał się niesamowity widok na okolicę: dolinę Aurdal, drogę E-134, jeziora i Knapphus. Wszystko tonęło w szarościach i wiedziałem, że fotki nie wyjdą rewelacyjne, poza tym ten lepszy obiektyw został w domu, ale musiałem spróbować. Niechcący wystraszyłem stado pasących się kozic górskich, których z przejęcia nawet nie zauważyłem wcześniej.

W międzyczasie dwójka osób za mną dotarła również na górę. Dwie kobiety. Przywitałem się z pierwszą, zdyszaną chyba bardziej ode mnie i zanim dotarła kolejna zabrałem się za zdjęcia. Obie panie schowały się przed deszczem w chatce a ja schowałem aparat, zarzuciłem z powrotem kurtkę na plecak i ruszyłem dalej.

Za chatką nie wiodła już szeroka droga ale zwykły wąski szlak z oznaczonymi czerwonymi palikami. Ruszyłem w jego stronę, uniosłem głowę do góry oceniając jak wysoko jeszcze muszę iść i …. Zwątpiłem.

Góra była wysoka. Z nieba wciąż padało, moja kurtka to była już właściwie mokra szmata a moja motywacja, żeby iść dalej w takich warunkach drastycznie spadła. Zawróciłem więc.

Norweżki tymczasem wyszły z domku i ruszyły z powrotem na dół. Teraz wiec to ja wlazłem do środka. Chciałem się rozejrzeć, znów wyciągnąć aparat i porobić parę zdjęć zanim zacznę schodzić. Jak łatwo sobie wyobrazić, w domku nie było elektryczności ani bieżącej wody. Później dopiero odkryłem na zewnątrz generator. Po lewej od wejścia znajdowała się mała sypialnia z dwoma pojedynczymi łóżkami, o dziwo posłanymi. Na wprost jakieś pomieszczenie gospodarcze, które po bliższym przyjrzeniu służyło również za prowizoryczną łazienkę. Wskazywały na to miska na wodę na szafce i lusterko na ścianie. Po prawej od wejścia znajdował się salon z aneksem kuchennym i stylizowane na zabytkowe łóżko. Na stole obok dwóch lornetek i kilku innych szpargałów znajdowała się książka, gdzie można było się wpisać. Zauważyłem, że Norweżki już to zrobiły więc i ja złożyłem swój podpis. Jeden z wpisów wcześniej głosił, że jego właściciel wszedł tutaj w zaledwie pół godziny. Mnie zajęło to równo godzinę. Ci Norwedzy to jednak mają zdrowie.

Porobiłem jeszcze trochę zdjąć i wewnątrz chatki i na zewnątrz, odkrywając przy okazji toaletę, ukrytą między skałami.

I ruszyłem w dół. Deszcz ani na chwilę nie przestawał i zacząłem dostrzegać, że impregnat na moich butach przestaje działać. Droga w dół z reguły jest łatwiejsza i pokonuje się ją szybciej. Tak też było i tym razem. Zanim jednak dotarłem do auta, spotkała mnie jeszcze jedna niespodzianka. Napotkałem idących z przeciwka grupkę osób, oczywiście Norwegów (nikt inny przecież w taką pogodę by się nie wybierał w góry). Było ich około dziesięciu, kobiety i mężczyźni, dobrze ubrani w markowe nieprzemakalne ciuchy z dużymi plecakami, zapowiadającymi dłuższą wyprawę bądź nawet nocleg. Jacyś wariaci, pomyślałem. Nie byli to ludzie młodzi. Średnia wieku wahała się pewnie miedzy 40 a 50 lat. Dziwne, bardzo dziwne. No ale cóż, w końcu to Norwegowie.

Dotarłem do auta, wrzuciłem moją mokrą (szmatę) kurtkę na tylne siedzenie i wróciłem do domu. W międzyczasie mój przelotny deszcz przeszedł w prawdziwą ulewę. I jak tu ufać prognozom?

Steinsfjellet

2015.03.14

Staram się zaszczepiać w swoich pociechach zainteresowanie pieszymi wędrówkami, jednak jak do tej pory przegrywam na całej linii. No ale jak się ma za konkurencję klocki Lego albo oglądanie bajek, to nie ma lekko. Tym razem się jednak udało. Długo musiałem namawiać Tymka na wyjście z domu i zaproponowanych mu opcji w góry czy do lasu, mój synek wybrał to drugie. Musiałem poważnie się zastanowić gdzie się z nim wybrać, tym bardziej, że musieliśmy jeszcze zdążyć na lotnisko, odebrać pozostałe 2/4 rodzinki. Wybrałem Steinfjellet na obrzeżach Haugesundu, bo stamtąd było już blisko do portu lotniczego Karmøy. Poza tym, Steinfjellet oferowało ścieżki, na które rodzice zabierali również dzieci, co zauważyłem podczas moich wcześniejszych wypraw w to miejsce. Wcześniej jednak ani razu nie łaziłem tamtejszymi ścieżkami a moja obecność tam ograniczała się do podjechania na punkt widokowy i podziwiania panoramy Haugesund. Teraz więc pierwszy raz ruszyłem (ruszyliśmy) poznawać nową trasę.

Pogoda była wymarzona na pieszą wędrówkę. Bezchmurne niebo, dość ciepło jak na środek marca co oczywiście przełożyło się na sporą frekwencję na trasie. Nie na tyle dużą jednak, żeby odczuć jakikolwiek dyskomfort podczas marszu. Już na parkingu  dowiedziałem się z tablicy informacyjnej, że trasa ma kształt pętli o długości około 4 km, więc uznałem, że damy radę ją pokonać i zdążymy spokojnie dojechać na lotnisko. Tymek pospał nieco w aucie, więc początkowo był trochę ospały ale szybko się rozkręcił. Szliśmy początkowo szeroką szutrową drogą poprzez niewielkie pagórki. Tymek zafascynowany był drewnianymi mostkami, przez które przechodziliśmy. Głównie dlatego, że dawały one okazje do wrzucania kamieni do przepływających pod nimi strumieni. Mijaliśmy po drodze sporo innych wycieczkowiczów. Parę rodzin z dziećmi, pary lub pojedynczych piechurów, biegaczy, rowerzystów a nawet towarzyszące wędrowcom psy.

Bez większych problemów doszliśmy do dwóch położonych po obu stronach ścieżki malowniczych jezior. Postawione ławeczki oferowały miejsce na odpoczynek, ale my poszliśmy dalej. Szutrową drogę zastąpiła typowa górska ścieżka, pełna kamieni i wystających korzeni. I błota po ostatnich deszczach. To błoto w jakiś magiczny sposób przyciągało mojego synka ale odpowiednia łapówka w postaci gumy mamby załatwiła sprawę i mogliśmy posuwać się do przodu. Przynajmniej do chwili, aż Tymek stwierdził, że jest zmęczony i że chce wracać do auta. No cóż, nikt nie powiedział, że wędrówki z dziećmi należą do łatwych. Przekonałem go, że idąc dalej tą ścieżką dojdziemy do auta i ruszyliśmy dalej. Kawałek dalej zrobiliśmy przerwę i zjedliśmy banana.Stąd było widać już górkę, na którą wchodzili mijający nas wcześniej ludzie. Miałem nadzieję namówić Tymka przynajmniej na wejście na ten szczyt. Okazało się to zadziwiająco łatwe i niedługo potem mogliśmy podziwiać scenerię okolicy. Choć górka do wysokich nie należała, widoki były wspaniałe.

WP_002452WP_002455

WP_002459WP_002462

Porobiliśmy kilka fotek komórką (aparat został w domu) i ruszyliśmy na dół jako że dochodzili kolejni piechurzy i zaczynało się robić tłoczno. Zeszliśmy z drugiej strony, co utwierdzało mnie w przekonaniu, że zataczamy pętlę.

Tymek uznał, że jego plecak jest za ciężki, więc od tej pory miałem dwa do dźwigania. Poza tym okazało się, że nie mamy zbyt wiele czasu na powrót. Narzuciłem więc szybsze tempo, mamba znów okazała się pomocna. Droga powrotna obfitowała w większą ilość kałuż i błota a gdzieniegdzie znajdowaliśmy również śnieg i lód.

Dotarliśmy do auta z zapasem około 15 – 20 minut do lądowania samolotu, wiec miałem nadzieję zdążyć na lotnisko na czas. Okazało się jednak, że moja druga połowa wylądowała wcześniej i razem z młodszym łobuzem już czekają na nas przed terminalem. Tak więc nie do końca wszystko się udało 🙂

Nie było dla mnie zaskoczeniem, kiedy Tymek zasnął wyczerpany w aucie. Sporo przeszedł a ostatnia godzina marszu to był prawdziwy wyścig z czasem. Żadnego odpoczynku, żadnego noszenia na rękach. Niezły wyczyn jak na czterolatka przyzwyczajonego do składania klocków i oglądania bajek.

Czerwone patyczki

2013.12.15

Ostatnio nieczęsto gości u nas ładna pogoda, więc jak już pojawia się okazja to trzeba ją wykorzystać. I tak wczoraj udało mi się wyciągnąć Tymka na spacer. Nie wiem czy zgodziłby się, gdybym mu zaproponował wycieczkę do lasu, ale hasło ‘’kałuża’’ zazwyczaj działa natychmiast. Chyba nie muszę wyjaśniać jak na trzylatka działa perspektywa poskakania w kałużach 🙂

WP_001255WP_001264

Zajechaliśmy pod przedszkole, gdzie jeszcze pozostały nam nie zbadane do końca ścieżki. Choć Tymek i tak pewnie zna już każdy skrawek położonego za przedszkolem lasku, w końcu to tutaj najczęściej spaceruje z innymi dziećmi i opiekunkami podczas przedszkolnych wycieczek. No ale ja sam byłem ciekaw gdzie notorycznie jest zabierany mój syn. Tymoteusz zaraz po wyjściu z samochodu zajął się tym czym (w jego mniemaniu) miał się zajmować czyli taplaniem się w ogromnych kałużach na parkingu. I oczywiście ani myślał żeby podążyć za swym rodzicielem. Minęła dobra chwila, nim wreszcie udało mi się go nakłonić do pójścia za mną. Zanim jednak dotarliśmy do ściany lasu, musieliśmy przejść przez podmokłą łąkę, jedno wielkie bajoro, gdzie nieostrożne stąpnięcie mogło skończyć się zanurzeniem całej stopy w wodzie. Tymek oczywiście był zachwycony kolejnymi kałużami.

Wreszcie dotarliśmy do lasu i mogłem nieco odpocząć od upominania mojego małego skrzata, żeby przynajmniej omijał te duże i głębokie kałuże. Po kilkudziesięciu metrach skręciliśmy z głównej trasy i przechodząc przez mały mostek położony nad rowem na skraju drogi trafiliśmy na wąską ścieżkę wijącą się wśród drzew. I tutaj mój pierworodny znów wykazał się inwencją i nie bacząc na znaki wzdłuż szlaku pobiegł na przełaj do szumiącego wściekle strumyka. Oczywiście ani myślał wracać. I tutaj trzeba było użyć czegoś znacznie ciekawszego niż płynąca wartko woda. Rozwiązaniem okazały się patyczki powbijane w ziemię i pomalowane czerwoną farbą, które wskazywały szlak. Po krótkim objaśnieniu, że teraz będziemy szukać takich właśnie czerwonych patyczków, Tymek z ochotą przerzucił się na eksplorację lasu. Cały szlak, stworzony chyba z myślą o przedszkolakach odbijał od głównej drogi by po jakichś trzystu metrach wrócić na nią z powrotem. Ale oboje byliśmy zadowoleni. Nawet tak bardzo, że przeszliśmy nim dwukrotnie.

WP_001274WP_001282

Po ponownym wyjściu na drogę, Tymoteusz postanowił kontynuować wędrówkę i poszliśmy dalej, oddalając się tym samym od auta. Przeszliśmy obok porzuconego dawno na skraju lasu samochodu, który widzieliśmy już jakiś czas temu podczas naszej poprzedniej wycieczki i dotarliśmy do miejsca, skąd można było dostrzec główną drogę i przejeżdżające nią samochody. Mój towarzysz nie był jednak zainteresowany autami, bo doskonale pamiętał co takiego robiliśmy (a właściwie on robił) w tym miejscu ostatnim razem. Schodząc nieco z drogi dotarliśmy do zagłębienia terenu, wypełnionego wodą. To tutaj Tymek świetnie się bawił wrzucając do wody kamienie, których w tym miejscu nie brakowało. I tym razem nie zamierzał przejść obok takiej atrakcji obojętnie. Po kilku minutach jednak zarządził odwrót. Pomyślałem, że skoro jesteśmy już blisko głównej drogi to zamiast wracać tą samą trasą, moglibyśmy przejść się chodnikiem i dojść do przedszkola od drugiej strony (omijając przy okazji te wszystkie kałuże). Tymoteusz dał się namówić i tak też zrobiliśmy. Co prawda powrót okazał się dość długi i monotonny (trzyletnie nóżki nie drepczą zbyt szybko, zwłaszcza jak są zmęczone), ale za to nie mieliśmy żadnych niepotrzebnych postojów po drodze. Dotarliśmy do naszego auta zmarznięci ale zadowoleni z wycieczki i szybko wróciliśmy do domu.